
Prezydent Francji Emanuel Macron obywa właśnie swoje tournée negocjacyjne po krajach Unii Europejskiej, mające na celu przeforsowanie korzystnej dla Francji zmiany dyrektywy unijnej o pracownikach delegowanych. Wynikiem tych negocjacji zainteresowana jest szczególne Polska, która deleguje najwięcej pracowników do pracy w innych krajach UE, a dominująca w tym zakresie, choć nie jedyna, jest branża transportowa. Zmiany w dyrektywie PR-owo sprzedawane są jako mające polepszyć warunki pracy pracowników, a nie jest to w ogóle prawdą.
Zdarzają się nierzadko przypadki zatrudniania polskich pracowników zagranicą za niegodziwe stawki w wysokości 3 euro za godzinę. Tyle, że już obecnie jest to praktyka nielegalna, możliwa tylko w ramach zatrudniania „na czarno” i nie trzeba zmiany dyrektywy, tylko należy egzekwować prawo już obowiązujące.
Polscy przedsiębiorcy, już obecnie muszą płacić pracownikom delegowanym minimalne stawki obowiązujące w krajach wykonywania pracy. Mimo to są w stanie konkurować cenowo z trzech powodów. Po pierwsze, mogą płacić składki na ubezpieczenie społeczne pracowników w polskim ZUSie, które są niższe niż np. we Francji. Po drugie, nawet te minimalne wymagane stawki i tak są niższe, niż te, za które chcą pracować pracownicy lokalni. Po trzecie, stawki płacone Polakom delegowanym do Francji, czy Niemiec, mogą być 3-krotnie wyższe niż płacone za ta samą pracę w Polsce, ale i tak są na tyle niskie, że ledwie przekraczają obowiązujące w tych krajach kwoty wolne od podatku dochodowego, który od ich wynagrodzeń płacony w krajach delegacji.
Zmiana, zgodnie z propozycjami Parlamentu Europejskiego, ma polegać na tym, że dyrektywa zamiast zapisów o stawce minimalnej pracowników delegowanych ma przyjąć zasadę, że pracownicy delegowany mają otrzymywać takie wynagrodzenie, jakie wynika z przepisów kraju, w którym wykonują pracę. Problem więc polega na tym, że w Niemczech, Francji, Szwecji jest mnóstwo tzw. układów zbiorowych nakładających się na siebie (regionalnych, branżowych, itp.). W każdym odpowiedniku powiatu mogą obowiązywać inne układy. Wystarczy że polski pracodawca nie wypłaci pracownikowi jakiegoś dodatku do wynagrodzenia przewidzianego w układzie zbiorowym, o którego istnieniu nie miał pojęcia ani on, ani jego pracownik i już musi liczyć się z sankcjami ze strony niemieckiego, czy francuskiego odpowiednika inspekcji pracy. Aby odnaleźć się w tym gąszczu przepisów polski pracodawca delegujący pracowników musi wynająć usługi tabuny lokalnych prawników, a przez to drastycznie zwiększą się koszty operacyjne ich działalności. W przypadku mikrofirm zatrudniających ok. 10 pracowników (a takich jest najwięcej), nawet o kilkadziesiąt procent. W efekcie usługi polskich firm będą droższe niż usługi firm miejscowych, a pracownik delegowany wcale nie zarobi więcej, lecz nawet może mniej, bo przedsiębiorcy będą musieli ciąć koszty gdzie się tylko legalnie da. Alternatywą będzie zatrudnienie Polaka przez firmę francuską, czy niemiecką, która zna lokalne przepisy. I tylko o to chodzi Macronowi. Jeśli mu się uda, to z polskich firm transportowych, żyjących aktualnie z usług na terenie całej UE, przetrwają tylko najwięksi i najsilniejsi.
Post a comment